Kobiety mają swoją
Grocholę - mężczyźni...
Jaskulskiego!


IMPREZA
- hit wydawniczy!



Impreza, Marcin Jaskulski

ISBN: 83-88109-75-8,
EAN: 9788388109751
Format: 12,5 x 19,5 cm;
240 s., cena: 24,90 zł



Strona główna


Aktualności

Fragmenty

O autorze
Impreza - gdzie kupić?
Wydawnictwo
Kontakt
Inne książki
English
 


fragment 1
 fragment 2  fragment 3


Fragment 1                                                                                                           powrót


Wielka miedziana tabliczka z napisem Prezes ma onieśmielić każdego wchodzącego.
Po wejściu do pokoju delikwent musi usiąść na niskim krześle, co ma umniejszyć jego poczucie własnej wartości. Krzesło jest niewygodne i nie ma bocznych poręczy, żeby gość przypadkiem nie poczuł się zbyt komfortowo. Prezes siedzi w wielkim skórzanym fotelu, oczywiście wyposażonym w szerokie, skórzane poręcze. Krzesło dla gościa nie ma regulowanej wysokości. Fotel prezesa ma i oczywiście jest ona ustawiona na poziom maksymalny. Prezes siedzi tyłem do okna. Gość przodem. A że okno wychodzi na południe, wizyta w tym pokoju często przypomina przesłuchanie pod lampą. Tak jest
i teraz, kiedy gościem jestem ja, a prezesem, oczywiście, od zawsze i pewnie, niestety, już na wieki, ten sam, miłościwie nam panujący Witold Waśniewski.

— A witam, witam, panie Kubo.

Następny, kurwa, muszkieter.

— Dzień dobry, panie prezesie.

— Co tam słychać w projektach?

— Wszystko dopięte na ostatni guzik. Tylko brak chętnych na to, co oferujemy.

— Dlaczego?

— Może nie taka tematyka.

— To ją zmieńcie.

— Myślałem, że tematy są sztywne. To znaczy, sam pan tak mówił, kiedy je tworzyliśmy.

— Nic podobnego.

"Ty złamasie", myślę i nie wiem, co mam odpowiedzieć. W końcu kiedy mamy do czynienia z przełożonym, to i tak wiadomo, kto ma zawsze rację, prawda?

— Panie Kubo, jak nie ma chętnych, to trzeba zmienić tematykę

— Oczywiście, panie prezesie. Tylko że wydrukowaliśmy już materiały dotyczące poprzednio ustalonych tematów. Ich zmiana oznacza kolejne koszty.

— Wie pan, ile zarobiliśmy na szkoleniach w zeszłym roku? - przerywa mi Waśniewski.

— Około dwudziestu tysięcy.

— A jaki był plan?

— Pięćdziesiąt tysięcy.

— Jaki jest plan na następny rok?

— Tyle samo.

— No właśnie. I ten plan musi zostać wykonany. Nie obchodzi mnie jak. Daję panu wolną rękę. I proszę mnie nie zawieść. Dziękuję.

Nikt, prócz szefa, nie potrafi tak skutecznie spieprzyć pracownikowi poniedziałkowego przedpołudnia. Nie tylko zresztą poniedziałkowego i niekoniecznie przedpołudnia. Myślę, że wszyscy pracownicy korporacji (oczywiście, oprócz tych z samej góry) borykają się w swym życiu zawodowym z tymi samymi problemami. Najpoważniejszy z nich polega na tym, że trzeba pracować. Albo przynajmniej udawać, że się pracuje. Żeby robić to skutecznie, należy sobie wywalczyć takie miejsce, w którym ekran komputera nie jest widoczny dla nikogo prócz osoby z niego korzystającej. Dodatkowo odległość od drzwi musi być na tyle duża, żeby w przypadku, kiedy do pokoju nagle wparuje szef, jego asystentka czy jakiś kapuś i zacznie zbliżać się do nas szybkim krokiem, zdążyć pozamykać okienka komunikatora i forum internetowego, ekran informujący o postępie w ściąganiu pliku MP3, zredukować do paska narzędzi odtwarzany film przyrodniczy na temat ludzkich zwyczajów godowych, grę, pisanego właśnie prywatnego e-maila oraz wiele innych przydatnych, a nawet niezbędnych, wirtualnych zabijaczy czasu. Trzeba
też opanować sztukę takiego poruszania się po korytarzu, by nie natknąć się na osoby, których spotkanie grozi zepsuciem humoru, wrzodami żołądka, rozbudzeniem morderczych instynktów albo, co najgorsze, koniecznością zostania w pracy po godzinach (Ach, dobrze, że pana widzę, coś mi się właśnie przypomniało). Oczywiście nawet perfekcyjne opanowanie tych wszystkich umiejętności wcale nie gwarantuje,
że się w korporacji utrzymamy. Nie można nauczyć się mieć szczęścia.
Mnie się to w każdym razie nie udało.


Fragment 2                                                                                                          powrót

Przebieram się i wchodzę na salę. Prawie sami faceci. Duzi faceci. Trener stoi w rogu sali, zajęty rozmową z jakąś strzaskaną na mahoń blondyną. Robię kilka ćwiczeń rozciągających, po czym zaczynam wodzić wzrokiem po sali i zastanawiać się, od czego zacząć trening. W tym momencie podchodzi do mnie właściciel klubu (wiem, że to on,
bo wszędzie wiszą jego zdjęcia, głównie z zawodów kulturystycznych). Podaje mi rękę
i pyta:

— Pierwszy raz?

— Tak.

— Ale widzę, że trenował pan już wcześniej?

Nie wiem, gdzie on to widzi, ale nie będę wyprowadzał go z błędu.

Tak, trochę tak.

Jakby była panu potrzebna pomoc, proszę wołać Sylwka - wskazuje na stojącego w rogu trenera.

Z pewnością nie omieszkam - odpowiadam.

Właściciel klepie mnie po plecach, jakby chciał przez to powiedzieć: "Ale się wkopałeś"
i odchodzi.

Maszyn do ćwiczeń jest tu chyba ze czterdzieści. Chodzę między nimi, ale wiem tylko,
że skośne ławki służą do treningu mięśni brzucha, a stojące przy drzwiach urządzenie (aktualnie zajęte) do wyciskania sztangi w pozycji leżącej. Do czego służy reszta urządzeń, nie mam pojęcia. Odwracam się w stronę trenera i już chcę go zawołać,
ale facet wciąż jest tak pochłonięty rozmową z tą blondynką, że odpuszczam. Już sobie wyobrażam, co pomyślałaby sobie mahoniowa lady: "Taki duży, a nie wie, jak się
ćwiczy w siłowni. Co za palant!". Zbieram się w sobie i wchodzę na pochyłą ławeczkę. Zaczepiam w górze najpierw jedną nogę, potem drugą, po czym czuję, że zwisam głową w dół i, o dziwo, nie spadam. Zaczynam robić wahadełka. Jestem rozluźniony i wykonuję ćwiczenie trochę od niechcenia, bo w końcu nie po to płacę za karnet, żeby się katować. To ma być trening rekreacyjny. Tak myślę do momentu, kiedy kątem oka dostrzegam pedałującą zawzięcie na stacjonarnym rowerze smukłą, wystrzałową brunetkę, która patrzy na mnie i lekko się uśmiecha. Natychmiast spinam się i zaczynam robić
wahadełka coraz szybciej i coraz dokładniej.

— Trzydzieści siedem, trzydzieści osiem liczę po cichu.

Jestem lepszy, niż sądziłem. Ale to dlatego, że po lewej stronie mam doskonałą motywację. Po wykonaniu pięćdziesięciu powtórzeń schodzę z ławeczki i na chwilę siadam. Poćwiczyłbym wyciskanie sztangi, ale sprzęt nadal jest zajęty. Brunetka zerka na mnie co jakiś czas, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Pewnie myśli, że jestem cieniasem i już nie mam siły. Udowodnię jej, jak bardzo się myli. Po chwili znowu zwisam głową w dół i powtarzam wahadełka.

Jestem tu już dobre czterdzieści minut. Uśmiech z twarzy brunetki wciąż nie schodzi, ławka do wyciskania sztangi nadal jest zajęta, a ja z uporem maniaka po raz szósty powtarzam serię wahadełek. Siódmej serii już chyba nie zrobię. Nie, na pewno nie zrobię. Czemu ona się tak ciągle uśmiecha? Może ma taki wyraz twarzy? Może pewnego dnia dowiedziała się, że dostała się na AWF, uśmiechnęła się, i już jej tak zostało? Niemożliwe, żeby przez cały ten czas uśmiechała się do mnie, do innych i do własnego biustu.
Po treningu, który składał się z jednego tylko ćwiczenia, biorę odświeżający prysznic. Przebieram się i idę zostawić na recepcji klucz od szafki. Wychodzę na zewnątrz i czuję się cudownie. Zrobiłem trzysta wahadełek, a nie tylko normalnie chodzę, ale na dodatek nic mnie nie boli. Jestem wielki!
...
Piąty raz tego ranka próbuję podnieść się z łóżka i piąty raz mi się to nie udaje. Mój brzuch przypomina kamień, a przy tym boli, jakbym dostał w splot słoneczny od Bolo Yeunga. Czyżbym wczoraj przesadził? W końcu, wykonując ruchy kontuzjowanego
węża, spełzam z łóżka, wstaję, chwytając się biurka i z wielkim trudem próbuję wyprostować tułów, co jednak udaje mi się tylko połowicznie. Reszta poranka upływa
na kilkuetapowym skorzystaniu z toalety, kilkuetapowym wzięciu prysznica i kilkuetapowym zakładaniu ubrania. Wsiadanie do samochodu również dzielę na kilka etapów.


Fragment 3                                                                                                           powrót

Choć jest niedziela i nie ma jeszcze dziesiątej, Agata zdążyła już do mnie zadzwonić. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego kobiety tak uwielbiają rozmowy telefoniczne. Rozumiem, że dzielenie się z przyjaciółkami najświeższymi plotkami musi im sprawiać dużą przyjemność, dla niektórych pewnie porównywalną z orgazmem. Rozumiem też,
że życiowe rady mamusi, zwłaszcza jeśli jest się młodą mężatką, to koło ratunkowe
rzucone w spienione wody morza pełnego bałwanów, czyli męskich szowinistycznych świń, jakimi oczywiście wszyscy bez wyjątku jesteśmy. Natomiast zupełnie nie mogę pojąć, dlaczego przedstawicielki płci żeńskiej odczuwają tak silną potrzebę wydzwaniania do swoich facetów, nawet gdy nic się nie wydarzyło. O, przepraszam, oczywiście wydarzyło się całkiem sporo. Ale czy dziura w rajstopach, rozlana kawa, młode ziemniaki na obiad albo wrogie spojrzenie tej szmaty siedzącej przy biurku obok to naprawdę aż tak istotne sprawy, żeby natychmiast powiadamiać o nich swoją drugą połowę?

Albo te przeklęte SMS-y. Niech szlag trafi tego (tę?), kto je wynalazł. Kochanie, będę
na wykładzie i nie będę mogła zadzwonić, ale możemy sobie wysyłać wiadomości (czytaj: Będę na wykładzie, ale muszę mieć pewność, że mnie w tym czasie nie zdradzasz, dlatego będziemy wysyłać sobie dziesiątki SMS-ów). Kobiety dobrze
wiedzą, że pisanie wiadomości tekstowych przeważnie sprawia facetom poważne trudności, bo większość z nich ma wielkie łapska, a telefony, jak na złość, z każdym rokiem stają się coraz mniejsze. Ja sam właśnie z tego powodu nienawidzę pisania
SMS-ów i wiem, że nie jestem w tym odosobniony.

A więc jakież to niezmiernie ważne informacje przekazała mi Agata w ów niedzielny poranek? Położyła się spać o dwudziestej trzeciej, wstała po dziewiątej. Nie wyspała
się. Zjadła kanapkę z tuńczykiem. Jej suka ma cieczkę. W radiu leciała Madonna.
Pada i jest pochmurno (to akurat też widzę). Tęskni za mną. I tyle. Same ciekawe rzeczy, nieprawdaż? Tak ciekawe, że aż trzeba mnie było obudzić i zafundować
mi długą niedzielę, którą ja akurat zawsze usiłuję sobie maksymalnie skrócić, śpiąc
do oporu. Umówiliśmy się dopiero na wieczór, dlatego przez resztę dnia zamierzam oddawać się memu ulubionemu zajęciu leżeniu do góry brzuchem. Tym bardziej że
po wczorajszych ćwiczeniach moje trzydziestoletnie ciało potrzebuje porządnego odpoczynku. Myślę o Agacie. Poznałem ją w jeden z tych deszczowych dni, kiedy człowiek ma ochotę zostać do wieczora w łóżku, z filiżanką mocnej kawy i stertą kolorowych czasopism. Ale w ten sposób można wiele stracić, na co dowodem jest właśnie nasze spotkanie.

Nie należę do specjalnie śmiałych facetów. Zwykle, żeby zagadać do nieznajomej dziewczyny, muszę najpierw wypić kilka drinków (czasem aż tyle, że ona nie jest
w stanie zrozumieć, co właściwie próbuję powiedzieć). Ale wtedy byłem trzeźwy
jak świnia. Trudno zresztą, żebym był pijany minutę po wyjściu z pracy. Trudno też
nie zaproponować wejścia pod parasol komuś, kto wygląda jak żywa przestroga
przed londyńską pogodą. Odprowadziłem ją do domu i przyjąłem zaproszenie
na filiżankę herbaty. Dziś już nie wiem, czy zasiedziałem się tam aż trzy godziny
dlatego, że tak nam się miło rozmawiało, czy też po prostu morderczy wzrok wpatrującego się we mnie dobermana sprawiał, że bałem się wstać z kanapy, wyobrażając sobie, że bestia błędnie odczyta mój body language i rozszarpie
mnie na strzępy. Tak czy owak, w końcu wstałem i nic się nie stało, na co dowodem
jest fakt, że żyję, mam się całkiem nieźle i do dziś widuję się z dwudziestoletnią, długonogą, krótkowłosą szatynką o imieniu Agata.




 
© Copyright by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2006